Firma chce LinkedIna, pracownicy nie chcą udawać influencerów. Jak zarządzić komunikacją ekspertów?

13 min. czytania

Problem rzadko polega na tym, że pracownicy nie chcą pisać. Polega na tym, że dostali zadanie, którego nikt im nie opisał. Zarząd albo marketing rzucają hasło „publikujcie więcej”, a inżynier, handlowiec czy kierownik projektu słyszy coś zupełnie innego: „zrób z siebie influencera”. I się blokuje.

To nie jest opór wobec pracy. To opór wobec roli, w której nikt nie chce znaleźć się na oczach klientów i kolegów z branży. Firma widzi w LinkedInie kanał dotarcia i zasięgi. Ekspert widzi ryzyko, że wyjdzie na osobę, która goni za lajkami, zamiast robić swoją robotę.

I tu jest sedno problemu. Aktywność ekspertów na LinkedInie to nie jest temat pisania postów. To temat zarządzania: rolami, wiedzą, czasem i sensem. Dopóki firma tego nie poukłada, każde „publikujcie więcej” będzie odbijać się od ściany.

Artykuł sponsorowany

Dlaczego „publikujcie więcej” nie działa

Hasło „publikujcie więcej” przenosi cały ciężar na osobę, która ma najmniej narzędzi, żeby go udźwignąć. Ekspert otwiera puste pole i pojawiają się trzy pytania, na które nikt mu nie odpowiedział: o czym mam pisać, czy wolno mi to napisać, i po co właściwie mam to robić.

Pierwsze to problem tematu. Handlowiec ma w głowie dwadzieścia realnych sytuacji z rozmów z klientami, ale żadna nie wygląda mu na „materiał na post”. Drugie to problem bezpieczeństwa. Czy mogę napisać o błędzie we wdrożeniu, skoro czyta to konkurencja, klient i mój przełożony? Trzecie to problem sensu. Jeśli jedyny powód brzmi „bo firma chce mieć zasięgi”, to nie jest powód, tylko polecenie służbowe. A polecenia służbowe robi się na minimum.

Efekt jest zawsze podobny. Przez dwa tygodnie kilka osób coś wrzuca, potem robi się cisza, a marketing wraca z pretensją, że „zespół się nie angażuje”. Zespół angażuje się dokładnie tak, jak został poprowadzony: bez tematu, bez wsparcia i bez powodu.

Pracownik nie boi się pracy, boi się roli influencera

Słowo „influencer” jest tu blokadą, choć rzadko pada wprost. Ekspert nie chce publicznie odgrywać kogoś, kim nie jest. Kojarzy LinkedIna z autopromocją, z pozowaniem, z postami w stylu „pokora, wdzięczność, pięć lekcji od mojego psa”. Nie chce być taką osobą, zwyczajnie nie czuje tego klimatu.

To rozróżnienie jest kluczowe dla firmy, bo pokazuje, gdzie leży prawdziwy opór. Ludzie nie bronią się przed pracą. Bronią się przed zmianą tożsamości zawodowej na oczach ludzi, których szanują. Dobry specjalista chętnie wytłumaczy, dlaczego jakieś rozwiązanie się nie sprawdza. Ten sam specjalista zablokuje się, gdy poprosisz go, żeby „budował markę osobistą”.

Różnica jest w kadrowaniu. „Podziel się tym, co i tak tłumaczysz klientom trzy razy w tygodniu” to prośba, którą ekspert rozumie. „Bądź aktywny i buduj swoją markę” to prośba, która brzmi jak zadanie dla kogoś innego.

LinkedIn w firmie to problem zarządczy, nie contentowy

Firmy traktują to jak problem contentowy, bo tak jest wygodniej. Problem contentowy zamyka się briefem i kalendarzem publikacji. Problem zarządczy wymaga decyzji: kto ma na to czas, kto jest właścicielem tematów, kto zatwierdza, co można powiedzieć o kliencie, a czego nie.

Wiedza, która ma trafić na LinkedIna, już w firmie jest. Siedzi w głowach ekspertów, w nagraniach rozmów handlowych, w zgłoszeniach do supportu, w podsumowaniach projektów. Nikt jej nie zbiera i nie porządkuje. Zamiast tego prosi się eksperta, żeby obok swojej pracy został jeszcze redaktorem, copywriterem i sam wymyślił, o czym napisać.

To jest ten moment, w którym firma powinna przestać myśleć o postach, a zacząć o procesie wydobywania wiedzy. Kto rozmawia z ekspertem, kto zamienia dziesięciominutową notatkę głosową w tekst, kto pilnuje, żeby działo się to co tydzień, a nie raz na kwartał w przypływie motywacji. To robota do rozdzielenia między ludzi, nie obowiązek zrzucony na jedną osobę.

Cztery rzeczy, które firma musi dać, zanim zażąda aktywności

Aktywność ekspertów zaczyna działać, gdy firma dostarczy cztery rzeczy: proces, tematy, wsparcie i sens. Brak którejkolwiek z nich wystarczy, żeby całość się rozsypała.

Proces to odpowiedź na pytanie „kto, co, kiedy”. Kto rozmawia z ekspertem raz w tygodniu, kto redaguje, kto zatwierdza wrażliwe treści, w jakim rytmie to się dzieje. Bez tego wszystko zależy od chwilowej motywacji, a motywacja jest najgorszym z możliwych systemów.

Tematy to bank pytań, z którymi realnie przychodzą klienci. Ekspert nie ma stać przed pustym polem. Ma dostać listę: te pytania słyszymy co tydzień, wybierz trzy, na które chcesz odpowiedzieć. To zmienia pisanie z twórczości w reagowanie na coś znajomego.

Wsparcie to zdjęcie z eksperta całej roboty, która nie jest jego robotą. Rozmowa zamiast pisania, redakcja notatki głosowej, gotowy szkic do zaakceptowania. Ekspert dostarcza wiedzę i decyzję, nie składnię i interpunkcję.

Sens to jedyny powód, który naprawdę działa, i nie jest nim zasięg firmy. Dla handlowca sensem są rozmowy i leady. Dla eksperta reputacja u klientów i łatwiejsza rekrutacja do własnego zespołu. Dla menedżera to, że jego ludziom łatwiej się zatrudnia, gdy firma jest widoczna. Powód musi być ich, nie centrali marketingu.

Handlowiec, ekspert i menedżer nie powinni pisać tak samo

Traktowanie całego zespołu jako jednej masy „do publikowania” to jeden z częstszych błędów. Handlowiec, ekspert techniczny i menedżer mają inne cele, inną publiczność i inne ryzyko. Wrzucenie ich do jednego szablonu gwarantuje, że przynajmniej dwie grupy poczują się nie na miejscu.

Handlowiec pisze po to, żeby podtrzymywać relacje i otwierać rozmowy. Jego miarą jest to, ile kontaktów i spotkań wyszło z aktywności, nie ile było wyświetleń. Ekspert pisze po to, żeby budować wiarygodność w wąskiej dziedzinie. Jego treści mogą mieć stu odbiorców, ale jeśli to właściwa setka, robota jest zrobiona. Menedżer albo osoba z zarządu pisze o kierunku, kulturze i tym, jak firma podejmuje decyzje, bo to on ściąga ludzi i klientów innego kalibru.

Jeśli firma tego nie rozróżni, skończy z jednym tonem dla wszystkich. A jeden ton dla wszystkich to zwykle ten najbardziej marketingowy, czyli dokładnie ten, którego eksperci nie znoszą.

Gdzie jest miejsce na szkolenie LinkedIn dla firm

Szkolenie LinkedIn dla firm pomaga, ale samo w sobie niczego nie rozwiązuje, i tu trzeba być uczciwym. Jednorazowe szkolenie bez procesu działa jak fajerwerk: dwa tygodnie zapału, potem cisza. Ludzie wychodzą z sali z wiedzą, jak napisać dobry pierwszy akapit, wracają do biurek i znów stają przed pustym polem, bo nikt nie zmienił tego, skąd biorą tematy i kto im pomaga.

Dobre szkolenie z LinkedIna dla firm robi coś innego niż tylko uczenie pisania. Uczy zespół, jak wspólnie zdecydować, kto o czym mówi, jak z rozmowy z klientem zrobić temat i jak utrzymać to w czasie bez wypalania ludzi. Mniej „jak napisać post, który podbije zasięgi”, więcej „jak poukładać to tak, żeby za trzy miesiące nadal się działo”.

Innymi słowy, szkolenie ma sens jako element systemu, nie jako zamiennik systemu. Jeśli firma traktuje je jako sposób na zmuszenie ludzi do publikowania, wyrzuci pieniądze. Jeśli traktuje je jako moment, w którym zespół ustala własne zasady gry, może z tego wyjść coś trwałego.

Mniej ogólników, więcej konkretu

Jest jeszcze jeden powód, dla którego eksperci nie chcą publikować: wstyd przed pisaniem rzeczy oczywistych. Nikt, kto zna się na swojej robocie, nie chce wrzucać „pięciu powodów, dla których warto dbać o klienta”. I ma rację, bo takich treści jest już za dużo.

W polskiej branży marketingowej coraz częściej wraca myśl, którą mocno popularyzuje m.in. Artur Jabłoński: odbiorcy nie potrzebują kolejnych ogólnych poradników, tylko konkretnych przykładów, decyzji i efektów. Dla eksperta to dobra wiadomość, bo zdejmuje z niego presję bycia „twórcą treści”. Nie musi produkować poradników. Ma opowiedzieć o realnej sytuacji: co klient chciał osiągnąć, jaką decyzję podjęliśmy, co z tego wyszło i czego byśmy dziś nie zrobili.

Taka treść jest łatwiejsza do napisania niż poradnik, bo opiera się na czymś, co się wydarzyło. Jest ciekawsza, bo ma konkret. I nie robi z eksperta influencera, tylko pokazuje go przy pracy. To dokładnie ten rodzaj treści, którego firma nie kupi z zewnątrz, bo tkwi on w jej własnych projektach.

Jak mierzyć, żeby nie produkować influencerów

Sposób, w jaki firma mierzy efekty, decyduje o tym, jak zachowają się ludzie. Jeśli rozliczasz zespół z liczby postów i wyświetleń, popychasz go dokładnie w stronę zachowań influencerskich: częściej, głośniej, bardziej pod algorytm. Jeśli patrzysz na rozmowy, spotkania i to, kto się odezwał w reakcji na wpis, zostawiasz mu przestrzeń, żeby był sobą.

Miary powinny pasować do roli. U handlowca odezwania i spotkania. U eksperta zapytania merytoryczne, zaproszenia do rozmów, jakość kontaktów, czasem łatwiejsza rekrutacja. U menedżera to, kto zaczął mówić o firmie i jakiego rodzaju ludzie zaczęli się zgłaszać. Liczba postów nie jest celem. Jest co najwyżej sygnałem, że proces w ogóle działa.

To też odciąża emocjonalnie. Ekspert, który wie, że nie jest rozliczany z zasięgu, przestaje myśleć o sobie jak o kimś, kto musi zabłysnąć. Zaczyna myśleć o tym, komu może realnie pomóc jednym trafnym tekstem.

Od czego zacząć

Zacznijcie od odwrócenia kolejności. Nie od „publikujcie”, tylko od „co i tak wiecie, a nikt tego nie spisuje”. Wybierzcie kilka osób, które mają realną wiedzę i choć trochę chęci, dajcie im temat z prawdziwych pytań klientów i zdejmijcie z nich całą robotę okołoredakcyjną. Jeśli po pierwszym miesiącu coś zacznie się dziać, dołóżcie proces i rytm. Szkolenie, wsparcie zewnętrzne czy własny redaktor mają sens dopiero jako wzmocnienie tego, co już żyje.

Bo LinkedIn w firmie nie jest testem tego, czy pracownicy umieją pisać. Jest testem tego, czy firma umie zarządzić wiedzą, którą już ma. I dopóki traktuje to jak zadanie „napiszcie coś”, a nie jak temat do poukładania, będzie miała ekspertów, którzy milczą, i marketing, który się na nich obraża.

FAQ

Czy każdy pracownik powinien być aktywny na LinkedInie?

Nie. Aktywność ma sens tam, gdzie osoba ma realną wiedzę i kontakt z rynkiem: u handlowców, ekspertów, menedżerów. Zmuszanie wszystkich do publikowania kończy się słabymi treściami i frustracją. Lepiej mieć pięć osób, które piszą sensownie, niż pięćdziesiąt, które piszą z przymusu.

Czy szkolenie LinkedIn dla firm wystarczy, żeby zespół zaczął publikować?

Samo szkolenie nie wystarczy. Bez procesu, banku tematów i wsparcia redakcyjnego efekt utrzymuje się kilka tygodni. Szkolenie działa, gdy jest częścią systemu, a nie sposobem na jednorazowe zmotywowanie ludzi.

Jak przekonać eksperta, który nie chce „budować marki osobistej”?

Nie używać tego sformułowania. Zamiast „buduj markę” lepiej działa „podziel się tym, co i tak tłumaczysz klientom”. Ekspert nie broni się przed dzieleniem wiedzą, tylko przed rolą influencera. Zmiana kadrowania zwykle zmienia nastawienie.

Czym różni się komunikacja handlowca od komunikacji eksperta?

Celem i miarą. Handlowiec pisze, żeby otwierać rozmowy i podtrzymywać relacje, więc liczą się kontakty i spotkania. Ekspert pisze, żeby budować wiarygodność w wąskiej dziedzinie, więc liczy się trafność odbiorców, nie sam zasięg.

Ile czasu zajmuje, zanim aktywność na LinkedInie przynosi efekty?

Pierwsze rozmowy potrafią pojawić się w kilka tygodni, ale realne efekty biznesowe (relacje, leady, rekrutacja) budują się miesiącami. Dlatego rozliczanie zespołu z szybkich zasięgów jest błędem: wypala ludzi, zanim zdążą zobaczyć sens.

Podziel się artykułem
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *